Znajdź:
  
Jedyny tygodnik regionalny z tradycjami. Rok założenia 1909.
Zaloguj się
Nowe konto
Sobota, 21 kwietnia 2018
Feliksa i Anzelma
kultura   aktualności   historia   ekologia   medycyna   turystyka   sport   felieton   wizytówki firm   archiwum(450-479)   sprawy społeczne   zdrowie   gospodarka   edukacja   wiadomości   informacje   publicystyka   GMINY I POWIATY   polityka   wywiady   INFORMACJE CZĘSTOCHOWA   INFORMACJE REGION CZĘSTOCHOWSKI   WYDARZENIA CZĘSTOCHOWA   INTERWENCJE CZĘSTOCHOWA   INTERWENCJE REGION CZĘSTOCHOWSKI   finanse   ubezpieczenia   Rolnictwo   Budownictwo   MOTORYZACJA   ROLNICTWO   Z WOKANDY   Gazeta Częstochowa   

  Nr 16 (1363) 2018-04-19
  W NUMERZE:
» Trzeba poprawić uchwałę mieszkaniową
» EDUKACJA. Aula imienia dyrektor szkoły
» RĘDZINY. Minister wyróżnia
» INTERWENCJA DROGOWA. Ulica Traktorzystów – symbolem lekceważenia problemów częstochowian
» Jurajskim Konkursie Plastycznym „Ilustracja do bajek, legend, podań"
» ROK zaprasza do udziału w konkusie
» X-Kom" oficjalnie otwarty
» 28. Festiwal ,,Gaude Mater"
» MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI INCIDENT/ACCIDENT
» Składowisko w Sobuczynie płonie. Pożar ugaszono błyskawicznie
»  Straż Miejska: Z częstochowskich ulic znikają „wraki” i zwalniają miejsca parkingowe
» Promesy od Ministra
» Zapraszamy do udziału w konkursie
» MPK - zmiany jazdy


r e k l a m a


chemeks rek_in.jpg

Autozamki-2013-11(1x1).jpg

Kulas-internet-2017-3.jpg

autokarowe.jpg

Konstal-2016-01-net.jpg

ban_domy_6 kopia.jpg

MaxBramy-net.jpg

UmarzanieDlugow.jpg

tartak-int

inter.jpg

styks.jpg

RFG Logo 3 Ainter.jpg

chemex.jpg

wagner.jpg

Robotex-net.jpg

PKS_INTE.jpeg

polontex 2016-04 265x351.jpg

Karol-prawoJazdy-int.jpg







r e k l a m a
kultura
WYWIAD JUBILEUSZOWY. „Ważny jest dla mnie proces dojrzewania do roli”
  wersja do druku            wyślij link znajomemu            inne artykuły tego autora
Antoni Rot od 25 lat jest aktorem częstochowskiego Teatru im. Adama Mickiewicza. W tym roku obchodził także jubileusz 30 lat pracy artystycznej. Z panem Antonim rozmawiamy o jego wyborach, pracy zawodowej, świętach…




I trzydzieści lat pracy artystycznej minęło…
– Minęło. Przeminęło. Ale jakiś ślad pozostał w mojej pamięci i – mam nadzieję – także w pamięci widzów. Przez te trzydzieści lat uczciwej, sensownej pracy trochę było. Nigdy nie miałem ról, które były contra me, pod prąd mojego myślenia o świecie. To był dobry czas. Może nie wypracowałem sobie marki ogólnopolskiej, ale tutaj w środowisku Częstochowy i Śląska jestem zauważany. Chyba, pozytywnie postrzegany jako zawodowiec.
Czym jest dla Pana aktorstwo? To misja, rzemiosło...?
– Wszystko jest przemieszane. Trzeba mieć iks narzędzi i trzeba mieć predyspozycje. Bez, nazwijmy to w dużym cudzysłowie - talentu – bo, jak mówią: parę procent talentu, a reszta to warsztat – też by się nie udało. Trzeba mieć intuicję, potrzebne są wyobraźnia i ogólne oczytanie – obejrzenie puli filmów, przeczytanie dużej ilości książek, i to nie tylko w okresie licealnym, ale także we wczesnym dzieciństwie. Trzeba mieć wypracowane widzenie obrazami, emocjami, dostrzeganie w sobie i przefiltrowanie przez siebie innych osobowości, nawet kobiecych. Tak! Gdy nagrywałem audiobooki, miałem sygnały od słuchaczek, że potrafię odegrać postaci kobiece, nie przez zmianę ich tembru głosu lecz raczej przez ukazanie ich sposobu myślenia. Jak powiedział jeden z aktorów: jeśli się trochę odegra, a potem jeszcze się trochę nażyje, to jest z czego brać.
Zatem aktor musi być intelektualistą…
– Oczywiście. To co robimy nie może być płaskie. Wszystko co stwarzamy musi być wielowymiarowe. Tworzymy postaci ludzkie, a nie jakieś robociki, cyborgi czy kukiełki. Mamy przekonać, żeby widz uwierzył, że ten ktoś na scenie jest autentyczny, prawdziwy.
Pan marzył o aktorstwie?
– Nie.
Zatem przypadek zdecydował o wyborze?
– Troszkę tak, ale raczej nie ma przypadków. Pochodzę z Gliwic. Tato pracował na kopalni i widział, że sztygarom dobrze się wiedzie, więc rodzice myśleli o mnie jako inżynierze górnictwa. Kiedy po podstawówce ze świadectwem z paskiem poszedłem do liceum do klasy matematyczno-fizycznej, to myślałem o kierunkach politechnicznych, chemii, ba, nawet miałem odloty o atomistyce, o pracy w jakimś akceleratorze czy elektrowni jądrowej w innym kraju. A aktorstwo wpadło w trzeciej klasie liceum. Na którymś z kolei konkursie recytatorskim w Katowicach zauważył mnie pan Wojciech Leśniak, wówczas aktor katowickiego, dziś sosnowieckiego teatru. Podszedł do mnie po ogłoszeniu wyników konkursu i zaproponował edukację aktorską.

Dostrzegł drzemiący pierwiastek talentu.
– Chyba tak. Jestem wdzięczny Wojtkowi za wskazanie kierunku, ale wcześniej zauważyła mnie moja nauczycielka i wychowawczyni. Obsadzała mnie w spektaklach, które przygotowywaliśmy na wywiadówki dla rodziców. Zrobiliśmy między innymi „Skąpca” Moliera. I chyba wówczas bakcyl zakiełkował.
Aktorstwo wymaga silnej psychiki, nie znosi przeciętności. Taki się pan czuje?
– Ja nie jestem silny. Jestem niepewny, poszukujący. W nowym środowisku, na przykład na planie filmowym, muszę się przełamywać. Nie mam silnych łokci, tupetu, bezczelności. Raczej jestem delikatnej konstrukcji.

Czyli należy Pan to tego typu aktorów, którzy mówią, że scena wyzwala ich z onieśmielenia…
– Tak, ale z czasem, kiedy już tych narzędzi zawodowych jest więcej, łatwiej jest przed nowym reżyserem się otworzyć. Ponadto cenię sobie okres dojrzewania do roli, te trzy miesiące pracy, które pozwalają na stworzenie czegoś, pod czym można się podpisać. Natomiast, sporadyczne spotkania na planie filmowym, do pierwszego dobrego dubla, są dla mnie niewystarczające. Jak słyszę określenie: „Mamy to”, to czuję niedosyt, bo może następne ujęcie byłoby w punkt, ale by to sprawdzić nie ma już czasu, więc się tnie, wycina... Dlatego kocham teatr, bo uczciwie można zrobić coś do końca, a potem jeszcze dopracowywać to na przedstawieniach, już z widzem.
Pana życie artystyczne głównie kształtuje scena teatralna. Od 25 lat Pana macierzystym teatrem jest nasz częstochowski, wcześniej Pan praktykował w teatrach w Łodzi, Warszawie, Zabrzu. Co zdecydowało o wyborze naszego teatru i co Pana w nim zatrzymało?
– Zauważył mnie w „Ścisłym nadzorze” Jeana Geneta pan Ryszard Krzyszycha. Podszedł do mnie i powiedział: „Witamy w mafii”. Nie wiedziałem o co chodzi i dalej chyba nie wiem. Tak czy siak, powiedział: „Panie Antku ma pan dwa dni na decyzję, czy chce pan przyjechać do Częstochowy”. Wcześniej z Zabrza przyjechali tu Marian Florek i Małgosia Chojnacka. Czy oni coś nasunęli panu dyrektorowi, czy faktycznie się tak spodobałem, nie wiem. Mieliśmy jednak z żoną dylemat, bo w Gliwicach było mieszkanie i dobra praca w Zabrzu. W tamtejszym teatrze, w ciągu dwóch lat zagrałem osiem czy więcej ról, a żona pracowała w rozwojowym instytucie naukowym Centrum Onkologii, a do Częstochowy jeździliśmy w zasadzie tylko na pielgrzymki. Po przyjeździe do Częstochowy żona przez dwa, trzy lata nie mogła znaleźć pracy, ale jak już się rozkręciło było lepiej. Ja dorabiałem w reklamie w radiu, które uwielbiam. Byłem obsadzany w teatrze, każdego roku robiłem dwie, trzy nowe role. Już pierwszy rok okazał się bardzo pracowity; wszedłem w zastępstwa, bo Robert Rutkowski poszedł na jeden sezon do Zabrza, do tego bieżąca produkcja, więc w pierwszym sezonie zrobiłem około sześciu ról.
Który okres pracy w naszym teatrze zaliczy Pan do najbardziej dla siebie twórczych?
– Cały ten czas. Słowo honoru. Może były ze dwa sezony, kiedy zagrałem tylko jedną nową rolę, ale miałem sporo innych ról w repertuarze, tak że nawet tego nie zauważyłem.
Która z kreacji była/jest tą najważniejszą?
– Nie wyróżniam.
A może z którąś się Pan bardziej utożsamiał?
– Może były to monodramy „Pamiętnik wariata” czy „Wbijając czołem gwoździe w podłogę”. W przypadku „Wbijając…” wrzuciłem się na głęboką wodę, a ponieważ o wyborze tytułu zadecydowałem sam, więc sam też pracowałem nad nią przez prawie pół roku. W spektaklach zespołowych, to może wyróżniłbym postać Lefranc'a w „Ścisły nadzorze” Jeana Geneta i Pana Młodego w "Weselu" Wyspiańskiego.
Od jakich ról czuje się Pan specjalistą? Czy uważa się Pan bardziej za aktora dramatycznego czy komediowego?
– Są role, które bardziej lubię i są to na pewno komediowe. Nie pragnę na siłę rozmieszać widzów, ale lubię to ciepło bijące od nich, kiedy zadowoleni, radośni wychodzą z teatru. Lżejsi po przedstawieniu, które daje odprężenie.
Bo i trudniej jest zagrać dobrą rolę komediową niż dramatyczną…
– Tak, ale ludzie tego nie widzą. W roli tragicznej można przemycić słabsze rzeczy, gdzieś się zakamuflować. W komedii trzeba zawsze iść do przodu, by było ciekawie, barwnie. Prawidłowo puentować. To musi być precyzyjne i dopracowane.
I musi być dobry tekst. W tym tkwi fenomen „Mayday'a”?
– Ale i „Przyjaznych dusz”, do których wróciliśmy. „Mayday'a” bym tu oddzielił, bo to farsa, a ja raczej preferuję komedie. Myślę, że siłą „Mayday'a”
w realizacji naszego teatru jest to, że wszyscy aktorzy: Adam Hutyra, Agata Ochota-Hutyra, Agnieszka Łopacka, Michał Kula, Sebastian Banaszczyk, Waldemar Cudzik, Robert Rutkowski i ja – nie gramy jak farsy. I w tym kierunku - raczej grania serio - prowadził nas pan Wojciech Pokora.

Co w globalnym spojrzeniu na aktorską twórczość jest najważniejsze: ilość czy jakość realizowanych kreacji?
– Mówię za siebie: lubię grać dużo i różnych rzeczy. Jeśli mam w tygodniu zagrać sześć różnych ról: jednego dnia Poloniusza w "Hamlecie", drugiego – trzy postaci w „Historiach łóżkowych”, trzeciego w bajce, jednego dnia postać tragiczną, drugiego komediową, a jeszcze następnego mam wzruszyć widza w „Tajemniczym ogrodzie”, to mam super tydzień. Jestem nasycony, szczęśliwy. Lubię ten płodozmian, pluskanie się w różnym materiale.
Budowanie roli to proces. Jak Pan do tego wyzwania podchodzi?
– Jakoś tak się otwiera moja intuicja na nową rzecz – nie wiem na jakiej zasadzie – że zawsze wejdę na jakieś informacje, czy to krążąc po Internecie, oglądając telewizję, czy czytając książki, co jest odpryskiem tego, co w danym momencie robię. Mówię: „O, Kosmos usłyszał, że mam robić to i to”, bo nagle różne informacje do mnie docierają i dobieram je sobie do roli. I każdego dnia otwiera się coraz więcej spraw związanych tą rolą. Na pewno znaczenie mają partnerzy, to, co ich inspiruje. Ważna jest dobra obecność reżysera. Także atmosfera pracy, nieprzypadkowości. W dobrej, rzetelnej atmosferze pracy, gdzie wszyscy rzucają się na swoje role i cieszą się nimi, to i mnie jest łatwiej budować i wtulać swoją rolę do zespołu.
Może właśnie ta atmosfera zadecydowała, że został Pan w Częstochowie?
– Chyba tak. I proszę zauważyć, że o tak dużym stażu jest nas parę osób. I mówi się o nas, że jesteśmy stałym zespołem. W którym dokładnie wiemy, co kto potrafi.
Zapewne ważna jest też siła dyrektorów. Który odbił na Panu największe piętno?
– Nie wyróżniałbym. Osobowością był pan Henryk Talar, bardzo ciekawie proponuje repertuar obecna dyrekcja; zmiany – mówię za siebie – nie byłyby teraz wskazane. Dziwna była dyrekcja pani Katarzyny Deszcz, bo sięgaliśmy po materiał trudny, ale wychodziło nierówno. "Skrzyneczka bez pudła", „Iwona księżniczka burgunda” – fenomenalne, a już „Opowieści gargantuiczne” – gdzieś już się rozmyły. Ważne, że dyrektorzy i reżyserzy zawsze mówili: „Ależ wy macie tu dobry zespół”.
Jak walczy Pan z rutyną, od której chyba trudno uciec. To ciągłe powtarzanie tych samych spektakli.
– Boję się rutyny w „Mayday'u”, bo to prawie pięćset razy zagrany spektakl. Można powiedzieć, że gramy to przedstawienie z zamkniętymi oczami, ale to nieprawda. Adaś wyciąga tekst przed każdym spektaklem, ja przed każdym wejściem jestem rozwibrowany. Nigdy nie gram na pół gwizdka i za każdym razem wyciągam tego królika z kapelusza nieco inaczej.
Która z dotychczasowych ról jest tą najistotniejszą? Czy marzy Pan o jakiejś?
– Nie ma takiej. Nie jestem aktorem, który skupia się na takich pragnieniach. Jeśli już mnie ktoś pyta, to odpowiadam, że może Ryszarda III Szekspira. Ale tak naprawdę, przynajmniej dla mnie, sens tego zawodu jest w wielości ról, a nie w poszukiwaniu i zrealizowaniu się w jakiejś jednej postaci. I co? Przeniknie mnie ona do końca? Ustawi mnie na całe życie i będę miał już spętane ręce i nogi?
To pierwszy krok do zaszufladkowania…
– To byłoby dla mnie przykre, gdyby ktoś powiedział: „Wszystko było fajne, ale ta rola, to było to! Już pan nigdy nie zagrał jak tę właśnie.” Bałbym się czegoś takiego.
Dość często pojawia się Pan w spektaklach dedykowanych dzieciom. Aktorzy podkreślają, że to publiczność o wiele bardziej wymagająca niż osoby dorosłe. Jak przygotowuje się Pan do takich ról? Czy aktor niosący jakieś przesłania młodemu widzowi musi posiadać jakieś specjalne predyspozycje?
– Gram zawsze jak najlepiej potrafię, nie rozróżniam widzów. Więcej, nie gram pod dzieci, czyli staram się znaleźć w dzieciach widza dorosłego. Traktuję je serio, tak jak swoje dzieci w domu, które bardzo szybko dojrzewały do rozmów z dorosłymi. Jeśli więc gram Gałganiarza, który ma skłonności do kieliszka i jest materialistą, to gram go nie pod dzieci, tylko bardziej pod nauczycieli, którzy siedzą między nimi. Dzieciaki jak się wyciszą, to zaczynają rozumieć świat dorosłych. Nie zatrzymujemy ich na siłę w ich wieku, ale pokazujemy jaki jest naprawdę świat dorosłych. Teraz pracuję z młodzieżą nad baśniami braci Grimm, gdzie poziom okrucieństwa jest bardzo wysoki. A przecież Grimmowie pisali je dla dzieci. Zatem stawiam znak równości między spektaklami dla dzieci i dorosłych. Przecież dla dorosłych też gramy właściwie baśnie. Czyż „Hamlet”, „Sen nocy letniej”, ba, cały Szekspir – to nie rodzaje baśni?
Zatem clou teatru jest szczere pokazywanie świata poprzez pryzmat baśni? Czy jednak dzisiaj nie odczuwa Pan pewnego spłycenia przekazu scenicznego, nawet strywializowania?
– Nie sięgamy po takie rzeczy. Jeżeli zdarzyło się raz czy dwa, to były to raczej wypadki przy pracy. Teraz przygotowujemy jednoaktówki Antona Czechowa: Będą: „Oświadczyny”, „Jubileusz” i „Niedźwiedź”. Miała być druga część „Dziadów”, ale na ten moment odstąpiliśmy od tego pomysłu. Być może drugi raz przygotujemy „Czekając na Godota”, w innej realizacji niż pierwszą wersję z Antonim Liberą. Odważamy się sięgać po tytuły, które – być może – nie będą granie jak "Mayday" 450 razy.
Czy nie irytują Pana wulgaryzmy na scenie?
– Też nie raz zdarzyło mi się rzucić "mięskiem" ze sceny, czy to w „Czołem wbijając gwoździe w podłogę”, choć tam ile się dało ocenzurowałem tekst z wulgaryzmów, czy w „Być jak Kazimierz Deyna”. Kiedy wulgaryzm ma być środkiem służącym do pokazania specyfiki jakiegoś środowiska, a nie jest mówiony po to tylko, by epatować widza, żeby było weselej, żeby "poklepać go po ramieniu", to jest okej. Generalnie jestem przeciw, ale też nie robię z teatru kościoła.
Scena, to miejsce licznych śmiesznych sytuacji. Może miał Pan kilka humorystycznych wpadek?
– Mogę opowiedzieć wpadki, jakie mieli koledzy…
Czyli ja nie miałem? Jestem profesjonalistą w każdym calu…
– Nie wiem na czym to polega, ale ja faktycznie nie miałem wpadek. Chciałbym mieć wpadkę (śmiech). Na przykład nie "gotuję się" na scenie. Jak widzę, że ktoś jest rozbawiony od środka, to patrzę na niego raczej jak na dziwnego owada. Jestem na scenie aktorem tu i teraz. Nawet gdyby była wpadka, to ona by mnie nie rozproszyła, może ewentualnie poirytowała i jak najszybciej chciałbym ją zapomnieć. Ale zaraz... Miałem wpadkę! Niedawno powiedziałem w „Historiach łóżkowych” zamiast „w tym pokoju” „w tym pociągu”. Było mi tak przykro. Po przedstawieniu pożaliłem się z wpadki Adamowi Hutyrze, a on powiedział: " No to będzie cię teraz chłopie gryzło".
Ale opowiem anegdotę kolegów z „Mayday'a”. W trakcie sceny ktoś powiedział słówko, które było z początku tej sceny i scena wróciła do początku i aktorzy zagrali ją drugi raz. I nagle znowu coś chrupnęło i już mieli grać trzeci raz to samo, ale Adaś wówczas do widowni powiedział: „Nie proszę państwa, trzeci raz tej sceny nie zagramy”. I był śmiech, i brawa.
Jakby celowo wyreżyserowane. Takie scenki przechodzą do historii.
– To się zdarza bardzo rzadko.
Zahaczmy o Pana wątek kinowy. W „Ciszy” zagrał Pan rolę ojca Oli, jednej z uczestniczek wyprawy górskiej. Jak wspomina Pan pracę przed kamerą przy tworzeniu obrazu na duży ekran?
– Pan śp. Sławomir Pstrong zaangażował mnie i Agatkę Hutyrową do tego filmu. Atmosfera na planie była świetna, między innymi dzięki pani Edycie Olszówce, wspaniały był też Marcin Perchuć. Mieliśmy czas, żeby dojrzeć w zespole, bo wszyscy mieszkaliśmy w schronisku przy Morskim Oku. Temat rewelacyjny, podejście reżysera prawie dokumentalne, rzetelność przeżyć ogromna. Kiedy do wyrażenia były ekstremalne emocje, kiedy rosło napięcie przeżyć, to było to długo kręcone, wieloma dublami. Nikt nikogo nie pośpieszał. Być może jest tak i w innych fabułach i, być może, zakosztowałbym tego rodzaju pracy, ale raczej jestem dyspozycyjny na miejscu. Jest tu przedstawień sporo, jest co grać i wiele rzeczy do zrobienia. Nie wysyłam sygnałów do agencji, w których jestem, ale odzywają się sami. Teraz na przykład przyjąłem epizod prokuratora w serialu „Na sygnale”.

Tych seriali trochę Pan zasmakował. „Fala zbrodni", „Święta wojna", „Samo życie", „Kryminalni", „Pierwsza miłość", „Barwy szczęścia”...
– To są takie wprawki, szybkie ujęcia. Nie tęsknię za tym. A powiem jeszcze więcej, że tych produkcji, w których bym chciał zagrać, jest bardzo niewiele. Jest pustynia scenariuszy. Chciałem zagrać w filmie „Bogowie” o doktorze Relidze i byłem nawet na castingu. Myślałem też o „Jesteś Bogiem”, mówiącym o zespole Paktofonika.
Czy w pracy kieruje się Pan jakimś mottem?
– Takie pytanie już kiedyś padało w wywiadzie, i zamieniłem je w żart. Powiedziałem wtedy: „Powoli, bo się motorek spoli”. Ale już tak na serio, to ważny jest dla mnie proces dojrzewania do roli, aby nie był on zachwiany, czyli pracować powoli, nie dać się zwariować, zachować siebie. Kiedyś Bronek Wrocławski, mój opiekun roku w szkole aktorskiej powiedział: „Nigdy grając jakąś postać, nie graj głupszego niż jesteś”. I to jest dobre. I to jest moje motto.
Nie mogę pominąć pytania o mistrza?
– Pierwszą osobą, która mi bardzo zaimponowała i jego sposób pracy przenoszę na pracę z młodzieżą, był – niestety nieżyjący już – Jan Zdrojewski. Na drugim roku robił z nami „Ślub” Witolda Gombrowicza i „Drugi pokój” Herberta. Bardzo dużo mówił. Opowiadał i opowiadał. O wojnie, Powstaniu Warszawskim. Praktycznie na tydzień przed egzaminem nie mieliśmy nic zbudowanego, a on tylko powiedział: „Zróbcie sobie jakieś sytuacje, ja obejrzę.” Najważniejszy był ten bagaż, żeby mieć w głowie jak najwięcej na dany temat, jakieś skojarzenia, nawet bardzo dziwne. Druga osoba, sprzedająca wiele od strony warsztatowej, to był pan Adam Hanuszkiewicz. Nie mogę nie wspomnieć Antoniego Libery oraz mistrzów Jerzego Bończaka i Wojciecha Pokory, którzy rewelacyjnie prowadzili nas przy spektaklach komediowych. Z kolei jeśli chodzi o przebieg logiczny zdania, to profesor Jadwiga Chojnacka. A jeśli chodzi o wiersz, to profesor Józef Para, który ugruntował we mnie przekonanie, że wierszem można wyrażać emocje.

Podejmuje Pan pracę edukacyjną z młodzieżą, o czym już Pan wspomniał. Co udało się Panu na tym polu osiągnąć i co przekazuje Pan swoim młodym uczniom?
– Od ponad dziesięciu lat w Zespole Szkół Artystycznych i Akademickich ALA w Częstochowie prowadzę zajęcia z młodzieżą. Oddziałujemy na siebie wzajemnie: często czerpię z nich energię, ale i często muszę ich pobudzać. Ważne jest dla mnie to, że mogę wybrać repertuar do realizacji, na co nie mam wpływu w teatrze. I sięgam po rzeczy, które mnie bardzo kręcą. Zrobiłem niemal wszystkie teksty Michała Walczaka. Tu, w Częstochowie zrealizowałem z młodzieżą „Amazonię” i – nieskromnie powiem – lepiej niż w teatrze, bo zrobiliśmy tekst źródłowy, a nie jego kolejną wersję, którą Walczak napisał na potrzeby Teatru na Woli. Zrobiłem rzeczy, które miały prapremierę polską, spektakle „Kac”, „Nocny autobus”, "Postępujący zanik mięśni". Większość ról muszę przepuścić przez siebie, aby uczniów naprowadzić na odpowiedni sposób interpretacji, więc mnie to dodatkowo ubogaca, bo mam kilka dodatkowych ról do wykreowania w danym sezonie. Podchodzę więc do tej pracy można powiedzieć egoistycznie, traktuję ją rozwojowo dla siebie, ale i młodzież zyskuje.
Wychował już Pan jakiegoś aktora?
– Aktorkę na pewno. Śpiewającą. To Adrianna Noszczyk, która ukończyła katowickie Studium Aktorskie przy Teatrze im. Wyspiańskiego i kilka dni temu w Filharmonii Częstochowskiej wystąpiła z projektem „Bal u Posejdona”. Kilka osób poszło w kierunku aktorskim – Małgorzata Modrzycka rozpoczęła naukę aktorską, wcześniej do Studium Ochoty dostał się Dawid Chybalski. Ciężko jest naprowadzić, aby dostali się do publicznych szkół, zwłaszcza teraz, kiedy zlikwidowano limit wiekowy. Do szkoły w Łodzi zdaje ponad tysiąc osób. To już jakaś fabryka, nie wiem jak można w takiej ilości, nie krzywdząc nikogo, wyłuskać talenty. Jak ja zdawałem, to było tylko trzysta zdających. Około dwadzieścia osób na jedno miejsce. Ale nie poddajemy się i walczymy nadal.
Czym na egzaminie na studia udało się Panu przekonać do siebie komisję?
– Nie wiem. Pierwszy raz zdawałem do Krakowa, prowadził mnie pan Jerzy Stuhr i to były niezapomniane uczucia. Interpretacją pisania listu do brata tekstem Mojej Piosnki II Norwida – wzruszyłem go. Pierwszy etap przeszedłem, ale gdy przystąpiłem do drugiego etapu były akurat mistrzostwa świata w piłce nożnej i część męskiej komisji oglądała mecz polskiej reprezentacji. Zdawałem tylko przed dziekanem Dobrzańskim, panią Anną Polony i dwiema studentkami, i niestety, nie przeszedłem. Potem jeszcze raz próbowałem sił w Krakowie, ale się nie powiodło i zdecydowałem się na Łódź. Tam pierwszy etap poszedł błyskawicznie. Powiedziałem jedno zdanie z prozy i jedno z wiersza. Do Jana Machulskiego: „Lubisz patrzeć w oczy swoich obywateli?”, on odpowiedział: „Lubię”, potem mnie przejął pan Bogusław Sochnacki i jemu zacytowałem: „Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak mężczyzna z mężczyzną". Usłyszałem: „Dziękuję”. Pan Droś zaprosił mnie do pianina, zagrał trójdźwięk, który bez trudu – bo słuch mam – powtórzyłem i podziękowano mi. Myślałem: „Dziękujemy, to do domu”, ale przeszedłem do drugiego etapu, może dlatego, że robiłem to wszystko z ogromną prostotą, na luzie, bo tak naprawdę nie chciałem dostać się do Łodzi. A potem dwa tygodnie egzaminów: taniec, w-f, emisja głosu, śpiew, teoretyczne egzaminy z teatru i filmu, języka obcego. Mozolne zbieranie punkcików. Wieńczył to godzinny egzamin praktyczny, gdzie przemielili mnie dokładnie. Grałem sceny w okopach z Powstania Warszawskiego z Piotrem Polkiem, który jako student pomagał zdającym. Potem grałem chłopca zakradającego się do komórki, wyjadającego kiełbasę i miód, którym się oblepił. Musiałem reagować na każde hasło. Nagle usłyszałem: „Pies wbiega do komórki i gruzie Cię w łydkę”. Sprawdzali czy mam wyobraźnię i czy przekładam ją na ruch ciała. I zdałem, w sumie na czwartej pozycji ex aueqo z dwoma kolegami.
Czy Pana dzieci odziedziczyły po Tacie zacięcie artystyczne?
– To już młodzieńcy i mężczyźni. Widziałem, że do aktorstwa im trochę daleko. Poszli w kierunku muzyki. Najstarszy jest już doktorem sztuki, chyba jednym z najmłodszych w Polsce. Gra na fortepianie. Jest kameralistą. Pracuje w Akademii Muzycznej w Łodzi. Niedawno miał koncert w Filharmonii Częstochowskiej i wykonał z orkiestrą i dwojgiem przyjaciół koncert potrójny Beethovena. Średni, Wojtek, ukończył klasę skrzypiec w Akademii Muzycznej w Katowicach. Pracuje aktualnie w Filharmonii Częstochowskiej, jako prowadzący drugie skrzypce. U niego dostrzegałem talent aktorski. W dzieciństwie robił sobie w swoim pokoju przed snem własny teatr lalek. Pisał swoje dramaciki i odgrywał po cichu scenki. Miał nawet epizod w serialu w serialu „Plebania”. Najmłodszy gra na klarnecie i studiuje we Wrocławiu u profesora Stachury, którego mógł wybrać, bo dostał się na studia z pierwszą lokatą. Myślę, że muzyka jest ich żywiołem i niech tak pozostanie.
Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Jakie tradycje pielęgnuje Pan w swoim domu? Jaką wartość mają dla Pana te Święta?
– Oczywiście Święta obchodzimy tradycyjnie, po polsku. To dla nas bardzo ważny czas budowania relacji rodzinnych, bycia ze sobą. Jesteśmy rodziną bardzo religijną. Żona i teściowa wnoszą ten element, że Święta to nie tylko święta stołu, ale również przeżycie duchowe. Jeszcze ważniejsza jest dla nas Wielkanoc, zawsze uczestniczymy w Triduum Paschalnym. Na pewno jest bardzo ważne, żeby było podczas Świąt jak najwięcej ludzi w domu. W tym roku może nawet poszerzymy spotkanie o teściów naszego najstarszego syna i będziemy świętować w dwunastoosobowym gronie. Mamy dwoje wnucząt: półtoraroczną Alinkę i sześcioletniego Mikołaja i głównie pod nich przygotowywane są Święta. Nie zapomnę sytuacji, jak z pełnego pokoju prezentów, bo zajęły one 1/3 część pomieszczenia, słyszymy wrzask radości Mikołaja. Wpadamy do pokoju i widzimy go pośród tych paczek, jak z rozłożonymi rączkami krzyczy: "Dziękuję, dziękuję, dziękuję".
A jak przygotowania praktyczne do Świąt, jakieś wspólne pieczenie pierniczków?
– Żona robi wspaniałe wypieki, do mnie należy część zakupowa i sprzątanie. Mam kilka swoich potraw, ale na święta bałbym się eksperymentować, by nie wprowadzić zbytniego zaskoczenia przy stole.
Dziękuję za rozmowę i życzę Wesołych Świąt.
– Dziękuję.
Rozmawiała Urszula Giżyńska
foto: Piotr Dłubak
JAK SIĘ ZMIEŚCI
Antoni Rot – absolwent Wydziału Aktorskiego łódzkiej PWSFTViT. Aktor Teatru Studyjnego w Łodzi; Teatru na Targówku w Warszawie (1987-1989), Teatru Nowego w Zabrzu (1990-1992). Z częstochowskim Teatrem związany od 1992 r. Obecnie można go zobaczyć w następujących spektaklach:
• Doktor Kwiecisty –: „Miasto Szklanych Słoni" Mariusza Sieniewicza, reż. Andrzej Bartnikowski
• Ojciec (Sakramencki Kazek, król rock'n'rolla) – „Roszpunka”, wg braci Grimm, scenariusz i reż. Robert Dorosławski
• Poloniusz – „Hamlet” W. Szekspira, reż. Andre Hubner-Ochodlo
• Johanan Cingerbaj – „Sprzedawcy gumek” Hanocha Levina w reż. Andrzeja Bartnikowskiego
• Felicjan Dulski – „Moralność pani Dulskiej”, Gabriela Zapolska, reż. Ewelina Pietrowiak
• Gałganiarz – „Gałganiarz i Patyczek”, Robert Dorosławski na podst. W. Perzyńskiego, reż. Dariusz Wiktorowicz
• Reżyser – „Amazonia”, Michał Walczak, reż. Tomasz Man
• „Hemar w chmurach. Kabaret”, reż. Piotr Machalica
• Potwór Liściożerca – „Niesamowita przygoda Robaczka Kłaczka”, scenariusz i reżyseria Robert Dorosławski
• Ksiądz – „Być jak Kazimierz Deyna”, Radosław Paczocha, reż. Gabriel Gietzky
• Romuald – „Polowanie na łosia”, Michał Walczak, reż. Marek Warnitzki
• Ben Weatherstaff – „Tajemniczy ogród” wg F. H. Burnett, reż. Cezary Domagała
• Bobby Franklin – „Mayday”, Ray Cooney, reż. Wojciech Pokora
• Lord Hertford, Złodziej I – „Królewicz i Żebrak” wg Marka Twaina, scenariusz i reżyseria - Dariusz Wiktorowicz
Aktor został nominowany w roku 2015 do nagrody "Złota Maska" za rolę Johanana Cingerbaja w spektaklu "Sprzedawcy gumek" Hanocha Levina
w reż. Andrzeja Bartnikowskiego. Otrzymał Nagrodę Miasta Częstochowy w kategorii "Film i teatr" (2011r.)



foto: Piotr Dłubak


URSZULA GIŻYŃSKA


 Komentarze:
brak komentarzy
Musisz być zalogowany żeby dodawać komentarze do artykułów

o gazecie | redakcja | archiwum | forum | reklama
"Gazeta Częstochowska" - Tygodnik Regionalny. Wydawca: Gazeta Częstochowska sp. z o. o.
Adres redakcji: ul. Równoległa 68, 42-200 Częstochowa tel. (0-34) 366-37-11, fax. 324-65-73,
e-mail: redakcja@gazetacz.com.pl, WWW: http://www.gazetacz.com.pl