Gazeta Częstochowska - tygodnik regionalny
Wydanie nr 17 (1312) z 2017-04-27, dział : wywiady

„Lubię dowalić słowem”

Kazimierz „Stolorz” Kowalczyk po ukazaniu się drugiego tomiku Jacka Gierasińskiego tak spuentował publikacje: „ …drugi tomik poetycki Jacka Gierasińskiego bezwzględnie należy przeczytać, a może nawet kupić, aby później nie żałować, że przegapiło się istotne wydarzenie w świecie literackim.” Z częstochowskim poetą, Jackiem Gierasińskim, spotykamy się w naszej redakcji. Rozmowę o istocie poezji ubarwia recytacja wierszy przez samego autora.


Wydał trzy tomiki poetyckie, ale nader często publikuje Pan swoje wiersze na Facebooku. To sposób na upowszechnianie swojej twórczości?
– Facebook to jest mój notatnik. Nie piszę na kartkach. Co mi wpadanie do głowy rejestruję w Internecie. Później poprawiam, zmieniam. W książkach znajduje się jedna trzecia tego, co napisałam.

Pana tomiki ukazały się stosunkowo niedawno, pierwszy w 2012 roku. Od kiedy zajmuje się Pan poezją?
– Od zawsze, od urodzenia. To jest obserwacja, to łza w oku. Później przenosi się to na łzę, która płynie. Jako dziecko miałem wypadek z nogą i widziałem mnóstwo bólu. Do tej pory jestem wrażliwy na nieszczęście ludzi. Taką mam walniętą naturę…

Poeci to na ogół wrażliwi ludzie.
– Niekoniecznie. Czasem są twardzi, zawzięci albo słabi. To ci ludzie, którzy kombinują słowem, którzy próbują słowem przecwaniakować, ale tam nie ma serducha. Poezja musi wyjść z głębi serca. Jednym słowem można powiedzieć więcej niż długim monologiem.


Toteż skupia się Pan na krótszych formach…
– Dążę do tego, aby krótką formą przekazać jak najwięcej. Przegadane wiersze nudzą. To są tyrady. Ja chcę streścić sens tak, aby w sercu zabolało, albo ucieszyło.

Czyli Pana poezja to błysk obserwacji przełożony na papier?
– To jest życie, codzienność. To, co od urodzenia się we mnie zadziało. Moje doświadczenia, przeczytane książki. W wieku dziesięciu lat „Potop” przeczytałem cztery razy. To działało na moją wyobraźnię, te postaci budziły się we mnie. Swój pierwszy tekst napisałem mając osiem lat. Do dzisiaj go pamiętam: „Na podwórku słonko świeci, w piłkę grają małe dzieci”. Pisanie to dar od Boga i wymóg Jego, żeby się spełnić.

Trzeba ten talent dostrzec i mieć talent, aby ten dar dostrzec…
– Powiem inaczej: każdy ma swojego Anioła. Mój jest twórczy.

Który popycha do przodu…
– Jestem przekonany, że tak, bo ciągle nie jestem zadowolony z tekstów. Co jakiś czas stwierdzam, że muszę napisać jeszcze coś lepszego. Napisałem monodram „Zmysły i popełnienia”, którego kawałek ukazał się w kwartalniku „Galeria”, prowadzonego przez Bogdana Knopa, wcześniej przez Władysława Piekarskiego. Miła była dla mnie pochlebna ocena aktora Antoniego Rota, który stwierdził: „to jest nie do ogarnięcia, tyle tu emocji”. Niestety, dzisiaj teatry nie podejmują trudu produkcji takich sztuk. Twierdzi się, że się one mało sprzedają.

Dzisiaj tylko farsy, bajki…
– …i nagość. Ale wracając do mojego monodramu. Marian Panek namawiał mnie, abym ja go zagrał. Tam jest zawarta filozofia. Wszystko zaczyna się od zmysłów: widzenia, słyszenia. Później schodzimy do słowa, że słowo potrafi boleć, wyrażać, przemilczeć. Rzeczy, które nas dotykają i obowiązują. Finałowa scena to spotkanie: dużego mózgu i małego oka z dużym okiem z małym mózgiem. Przekomarzają się, kto jest ważniejszy. Oko mówi: „jak ja bym nie widziało, to ty byś nie mógł myśleć”, a mózg mówi: „jak ty oślepniesz, to ja zapamiętam to, coś ty widziało”. Taka metafizyczna przepychanka.

Pana poezja dotyka warstwy duchowej. Jaki dzisiaj powinien być przekaz poetycki, aby poruszyć odbiorcę?
– Obserwując reakcję czytelników, to do większości przemawia prosty przekaz, proste rymowanki. Ale osoba, która się zastanawia i lubi pomyśleć, co zostało napisane, to chce czegoś więcej. Wszystko się zmienia. My, mamy modyfikować poezję, a nie wzorować się na tym, co było, nie powielać. Każdy poeta ma być inny, indywidualny, a przy tym nadmiar wchłoniętej wiedzy, książek może ograniczyć twórcę właśnie do naśladownictwa. Trzeba tyle przeczytać, aby móc tworzyć coś własnego, indywidualnego. Czytałem wielu klasyków, jako nastolatek pochłonąłem Dostojewskiego, Hemingwaya, Irwinga. Potem w szkole – zawodowej i w liceum, które ukończyłem wieczorowo – lektury obowiązkowe trochę mnie nużyły.

Czy ma Pan swoich ulubionych poetów?
– To cała plejada literatury: Poświatowska, Herbert, Ewa Lipska. Ale od tego odszedłem, to odstawiłem. Muszę ugotować własną zupę.

I te smakowite zupy są finalizowane od niedawna. Pierwszy Pana tomik wierszy „Przypowieści stracha na wróble” ukazał się w 2012 roku. Tytuł o symbolicznym znaczeniu...
–Tu jest i wojnie, i o miłości. Najbardziej podobał się ten wiersz tytułowy. O władcy przestrzeni, jakże ważnym, a z drugiej jakże osamotnionym na tym olbrzymim polu. Tu chodzi zauważenie czyjejś samotności. Ilustracje do niego wykonał znany częstochowski malarz Marian Panek, wpisem zaszczycili mnie Wiesław Wyszyński i Aleksandra Keller i Władysław Piekarski.

Drugi tomik „Na smyczy” ukazał się po trzech latach.
– Grafikę do tego tomiku wykonał Marian Jacek Krasucki, a recenzją mile mnie dotknął – Kazimierz „Stolorz” Kowalczyk. Za wiersz z tego tomiku pt. „Zacerowani”, który mówi o nałogu życia, dostałem nagrodę Haliny Poświatowskiej. Staram się utrzymać obraz w wierszu, aby była jego pełna widoczność. Dawno temu powiedziałem, że doskonałość wiersza polega na tym, aby w kilku słowach napisać coś takiego, co, albo budzi miłość, albo torsje, albo inne rzeczy. To jest magia. To poezja.

Najnowszy tomik „Trzecia twarz”, wydał Pan w 2016 roku.
– Nie jestem z niego zadowolony, choć jest najgrubszy. Jest tu wpis Bogdana Knopa, a zdjęcia wykonał Janusz Mielczarek. Każdy tomik jest inny, ma swój okres rozwoju. Ostatni jest najbardziej radosny, i chyba dlatego nie jestem do końca zadowolony, bo ja lubię dowalić słowem.

Którego z częstochowskich poetów ceni Pan najbardziej?
– Świętej pamięci Waldemar Gaiński zrewolucjonizował środowisko poetyckie. Był największą nadzieją, po Halinie Poświatowskiej.

Poezja jest Pana życiem, drogą…
– Jest to jeden z nałogów. Muszę napisać, bo inaczej źle się czuję. Każdą myśl zapisuję. Powstaje pierwsza, potem idą następne jak z rękawa, stąd moje wiersze, zwłaszcza te krótkie, powstają błyskawicznie. To się dziwnie dzieje.

Czy można wyżyć z poezji?
– Wcale.

A szykuje Pan kolejny tomik?
– Mam już gotowy, czeka na wysyłkę na konkurs. Jeszcze bez tytułu.

Kieruje się Pan w życiu jakimś przesłaniem?
– Szacunek. Pełny szacunek człowieka do człowieka. Zero wredności. Jeśli nie będziemy się szanować, to co będziemy budować? Złe emocje. Będziemy samych siebie krzywdzić. Złe emocje oddają złe emocje.

Dziękuję za rozmowę.


JACEK GIERASIŃSKI

WIERSZE

Przypowieść o strachu na wróble

zapyziały bezdomny
w starej kapocie i
niemodnej czapie
stoi samotny w polu
bezradnie dostojny
i jak poeta
wsłuchuje się w wiatr
i jego ta ziemia
dookoła

jest królem państwa
jak sięgnąć okiem
drugie wydłubał mu
zdradziecki wróbel
osobisty rycerz
i nogę mu urwali
na dalszą drogę

na jednej nodze
stoi bezdomny ukrzyżowany
krajobrazie w koronie drzewa
rosną mu wojska
dojrzałe czereśnie
zawstydzone

i to już koniec
przypowieści
z szybu pociągu
w zapomnienie
w wagonach myśli
czas się kurczy
liść zamiata
polną ziemię

Dla poety

Waldkowi Gaińskiemu

już nie pójdziemy
razem na wódkę
nie wypalimy
petów nad ranem
a gdy zabraknie
znowu pieniędzy
nie wystrugamy
ostatniej deski

nie zagościmy razem
w uliczkach
gdzie się wywala
bełkot śmietników
domy z łuszczycy
nie leczone

nie zaprowadzisz mnie
już w te miejsca
skąd pochodziła
brzemienna poezja
w bólach rodząca
twój wiersz
ostatni

Takie sobie samooszukanie

już tyle razy przyrzekałem
że nie napiszę
o tobie
pamięć prosiłem
w twarz plułem wspomnieniom
wódkę piłem
kobiety zmieniałem
złamałem pióro
za przykładem serca

lecz kiedy noc
siada w fotelu
krzątasz się po kuchni
moich myśli
trzaskasz garnkami głodu
zaglądasz w twarz
tłustą w tęsknotę
i milczysz boleśnie

Zakupy

szlag mnie trafia
na to wszystko
nabijanie mnie w butelkę
tutaj taniej
tutaj drożej
tutaj gorsze
tutaj lepsze
autobusem czy tramwajem
i na nogach
choć na skróty
jak balony
siaty wielkie siaty wielkie
i po plecach
pot się rosi

kiedy zacznę żyć normalnie
w kraju który
sprzedał mnie w markecie
i na półkach pozostawiał
dla wybrednej klienteli



URSZULA GIŻYŃSKA

© GAZETA CZĘSTOCHOWSKA - Wszelkie prawa zastrzeżone