Gazeta Częstochowska - tygodnik regionalny
Wydanie nr 8 (1355) z 2018-02-22, dział : kultura

GEOPOLITYKA POLSKA. Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski

Odzyskiwaniu przez Polskę statusu formalnej niepodległości w latach 1989, 1990, 1991 towarzyszyły wydarzenia i ich skutki: zjednoczenie Niemiec i rozpad Związku Sowieckiego – określające naszą sytuację geopolityczną na najbliższe dziesięciolecia. Niemcy po swoim zjednoczeniu w 1990 roku dołączyły do grona zwycięzców II wojny światowej. Rosja, w 1991 roku, wyłaniająca się z upadłych Sowietów, swego statusu zwycięzcy z 1945 roku nie straciła. Zarówno Niemcy, jak i Rosja, zyskały nowe – komplementarne wobec siebie i synergiczne – atrybuty geopolitycznej inicjatywy. Rosja dała Niemcom – pod zagospodarowanie w ramach Unii Europejskiej – bezcenny depozyt i wiano: swoje republiki bałtyckie i swoje demoludy – państwa byłego już Układu Warszawskiego i RWPG.


W rezultacie ukształtował się trwale, wymarzony przez Putina, geopolityczny styk zdominowanych i kolonizowanych przez Niemcy, unijnych państw Europy Środkowej i kontrolowanych bezpośrednio przez Rosję obszarów i państw Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki temu zjednoczone i mocarstwowe Niemcy na drodze swej cywilizacyjnej ekspansji zyskiwały geopolityczną przestrzeń, przez Rosję aż po Władywostok, ku Oceanowi Spokojnemu; Rosja zaś, poprzez niemieckie władztwo nad Unią Europejską poszerzała zasięg swej geopolitycznej penetracji aż po Lizbonę i wrota Oceanu Atlantyckiego. W rezultacie, co najmniej, od 2004 roku – poszerzenia Unii o państwa Europy Środkowej, można mówić o ukształtowaniu się rosyjsko-niemieckiego wału pacyficzno-atlantyckiego, który realnie powstał mimo przynależności Niemiec do NATO. Było to możliwe, bo aż do czasu prezydentury Donalda Trumpa NATO tolerowało swą geopolityczną słabość, właśnie na obszarze styku niemiecko-rosyjskiego, nie dając swym nowym członkom – państwom Europy Środkowej – takich samych gwarancji bezpieczeństwa jak państwom Europy Zachodniej.
Czy Polska mogła zapobiec tak pojętemu rozwojowi wydarzeń? Zapewne – swym potencjałem i w pojedynkę – nie. Ale była jeszcze jedna, istotna przeszkoda: brak samodzielnie ukształtowanej – antycypującej i neutralizującej zagrożenia – własnej doktryny politycznej.
Nie mogła takiej roli spełniać, praktycznie jedynie dostępna, bo odmieniana przez wszystkie przypadki i traktowana na wzór wytrycha – osławiona doktryna Giedroycia; najczęściej jednak stosowana do opisu relacji polsko-ukraińskich i układania polityki Polski wobec Ukrainy. Klasyczna doktryna Giedroycia w odniesieniu do Ukrainy wymaga od Polski: wyrzeczenia się jakichkolwiek roszczeń terytorialnych i imperialnych zakusów, a także bezwzględnego imperatywu działania na arenie międzynarodowej, na rzecz niepodległości i dobra Ukrainy, w myśl kluczowej zasady: „Nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”. W intencji doktryny Giedroycia reguły te zyskują rangę polskiej racji stanu, a ich stosowanie nie jest uwarunkowane symetrią zachowań strony ukraińskiej wobec Polski. To jedna, praktyczna ograniczoność doktryny Giedroycia, z punktu widzenia polskiego interesu narodowego. Druga dysfunkcja dotyczy szerokości geopolitycznego spektrum, w którym „działa” doktryna Giedroycia. Ta, którą znamy z publicystyki paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego rozważa relacje polsko-ukraińskie w kontekście ich wspólnego losu w sowieckim bloku, w odniesieniu do jednego agresora i zagrożenia płynącego z jednego, rosyjskiego kierunku. Taki punkt widzenia okazał się jednak wielce wpływowy i został odwzorowany w oficjalnej, polskiej polityce zagranicznej wobec Ukrainy i Rosji na przełomie lat 90. XX i pierwszej dekady XXI wieku, będąc praktycznie respektowanym przez wszystkie kolejne ekipy władzy, aż do czasów premiera Donalda Tuska.
To Tusk zauważył i wykorzystał, przeciw polskim interesom narodowym, słabość myśli politycznej paryskiej „Kultury”, całkowicie bezradnej wobec faktu jednoczesnego znalezienia się Polski i Ukrainy w kleszczach dwóch imperialnych polityk: rosyjskiej i niemieckiej, sprzęgniętych budową wspólnego, gigantycznego bloku atlantycko-pacyficznego. Tusk zauważył i wykorzystał, przeciw polskim interesom narodowym, także inny mankament myśli politycznej paryskiej „Kultury”; jej swoisty, ukraiński kompleks, nieograniczający się tyko do braku terytorialnych roszczeń i gromkiego wyrzekania się przez Polskę rzekomych neoimperialnych zakusów, lecz chlubiący się całkowitym zarzuceniem koncepcji zbudowania na prawdziwie partnerskich zasadach, natchnionej umową w Hadziaczu w 1658 roku, wspólnej, polsko-ukraińskiej geopolitycznej jakości. Tusk dostrzegł tę myślową i strukturalną lukę i zaoferował obu mocarstwom: Rosji i Niemcom – kosztem Polski i Ukrainy – swe bezcenne usługi jako istotnego współbudowniczego, w tym tak ważnym i geopolitycznie newralgicznym punkcie – rosyjsko-niemieckiego bloku, od Władywostoku po Lizbonę.
I dalej wszystko poszło sprawnie. Co tylko czynił Tusk było po myśli Niemiec i Rosji. Nawet posyłanie sześciolatków do szkół i podwyższenie wieku emerytalnego miało w zamyśle służyć blokowi rosyjsko-niemieckiemu poprzez sukcesywne dostarczanie – na rzecz jego wielkich budów – rzesz polskiej, niskokwalifikowanej siły roboczej.
A oba mocarstwa: Niemcy i Rosja, mając pełną świadomość, że dla urzeczywistnienia bloku atlantycko-pacyficznego panowanie nad Polską i Ukrainą ma kluczowe znaczenie – rozpoczęły wspólną, bezwzględną, geopolityczną rozgrywkę.
Rosja, dokonując w 2014 roku aneksji ukraińskiego Donbasu, sięgnęła do tradycji tzw. ugody w Perejasławiu, w 1654 roku, gdy kosztem Rzeczypospolitej powiększyła swe terytorium o prawie identyczny obszar ziem wschodnio-ukrainnych. Niemcy zaś objęły kolonizacyjny protektorat nad pozostał częścią Ukrainy, z Kijowem. Oba mocarstwa: Niemcy i Rosja sięgnęły po tzw. format normandzki, gdy do wspólnego stołu zaproszono Ukrainę – by oznajmić jej swą wolę i Francję – w roli towarzyskiej i nie bezinteresownej przyzwoitki.
Rosjanie zastosowali w tym przypadku swą ulubioną metodę polityczno-dyplomatyczną: „Co nasze jest nasze, co wasze jest do wynegocjowania”, dzięki której Niemcy rozpoczęli proces kolonizowania przypisanej sobie części Ukrainy; taki sam, jakim po 1990 roku objęli Polskę. Niemcy sięgnęli w tym celu po polityków, którzy z zaangażowaniem i przejęciem pomogli im wcześniej kolonizować nasz kraj. W nagrodę, najbardziej zasłużonego z nich Donalda Tuska – umieścili w Brukseli, a innych, sprawnych i doświadczonych: Leszka Balcerowicza, Sławomira Nowaka, Bartłomieja Sienkiewicza wysłali na Ukrainę, by tam, na miejscu, dalej pracowali dla dobra Niemiec.
Ukraina nie potrzebowała Polski przy normandzkim stoliku, a pod protekcją Niemiec Ukraińcy czują się pewnie i zachowują wobec nas jakby pozostawali na uprzywilejowanej pozycji.
W XVIII wieku Ukraina przeddnieprzańska była integralną częścią Rzeczypospolitej; dzisiaj stanowi niemiecki protektorat, a z nami nie chce rozmawiać o wspólnym, partnerskim obszarze geopolitycznych interesów. Zamiast Ukraińców i Polaków dokonała tego Angela Merkel, którą można śmiało nazywać Angelą Jagiellonką, bo potrafiła dla niemieckich celów i wykorzystać testament Hadziacza z 1658 roku, i zinstrumentalizować doktrynę Giedroycia, która w strywializowanej postaci realizowana jest dzisiaj tak, że Polska dmucha w trąbę niepodległej Ukrainy, a geopolityczne frukta zbierają z tego Niemcy. Przewidział to profesor Bohdan Osadczuk, udzielając pamiętnej przestrogi: „Kreml ma koncepcję poróżnienia Polski z Ukrainą. Jest to bodaj kluczowe zadanie rosyjskiej dyplomacji w naszym regionie”. Tą „kremlowską koncepcją” i wielkim sukcesem Putina okazał się w praktyce format normandzki, mocą którego zadnieprzańska Ukraina została wcielona do Rosji, a przeddnieprzańska – stała się strefą wpływów Niemiec.
Na koniec tych spostrzeżeń warto wrócić do doktryny Giedroycia i krytycznie oraz realistycznie zauważyć, iż niepodległość Ukrainy jest dla nas wartością, o ile relacje polsko-ukraińskie są lepsze niż niemiecko-ukraińskie. Dlatego drogę Ukrainie powinna wskazywać odwrócona doktryna Giedroycia: „Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski” i prowadzić Ukrainę wprost ku Trójmorzu – dobrowolnemu związkowi niepodległych i suwerennych państw, realizujących we wzajemnym partnerstwie swe narodowe interesy.

Artykuł publikowany w ogólnokrajowym miesięczinku KURIER WNET, luty 2018


SZYMON GIŻYŃSKI

© GAZETA CZĘSTOCHOWSKA - Wszelkie prawa zastrzeżone